Choroby i inne klęski

Prawie miesięczna cisza na blogu spowodowana była miedzy innymi tym, że padłam na zapalenie płuc. Nie, nie zachorowałam – po prostu padłam. Całe życie byłam przekonana, że zapalenia płuc trzeba się doigrać, że trzeba ignorować przeziębienie, grypę. Otóż okazuje się, że nie trzeba. Wystarczy wrócić z pracy w piątkowe popołudnie a w sobotę jesteś trup i na nic się zdało picie imbiru, miodu, jedzenie kiszonek i stymulowanie odporności.

Po dwóch tygodniach brania antybiotyku w końskiej dawce wróciłam do pracy. Nie musze mówić że po kilku godzinach w biurze dostałam kataru i czułam się znowu chora? Jakoś przetrwałam następny tydzień. Teraz czuję się na tyle dobrze, żeby nie powiedzieć „jestem chora” ale zdecydowanie mi daleko do stwierdzenia, że jestem zdrowa. Niestety ten stan trwa już ponad miesiąc i nie zanosi się na zmianę.

Mam wrażenie, że głównym winowajcom całej choroby jest smog, czułam się dużo gorzej przy wysokich stężaniach pyłu, padłam też po serii alertów więc wniosek sam się nasuwa. W przyszłym roku będę musiała się zastanowić nad zakupem maski, bo nie widzi mi się przeżywać znów takiego horroru.

Na razie muszę opracować plan postawienia organizmu na nogi, przywrócenia równowagi i dobrego samopoczucia. Mam zamiar zacząć od dokładnej obserwacji organizmu, chcę sprawdzić dokładnie po jakich produktach czuję się lepiej a po jakich gorzej. Na pierwszy ogień idzie pszenica, jeśli obserwacje potwierdzą moje przypuszczenia będę musiała poszukać godnej alternatywy dla tego zboża – a już wiem że kupno chleba w 100% żytniego jest dużym wyzwaniem.

 

Kalorka